Sople atakują!

January 2nd, 2011

Jest odwilż, uważajcie na sople, można spotkać osobniki szczególnie agresywne.

Aaa... no i wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Nie wpisywałam wcześniej z braku czasu <cmok>

SOGNO 2010-12-31 12:55:41

December 31st, 2010

FELICE ANNO NUOVO!!

 

 

 

Brak tytułu

December 30th, 2010
I jeszcze mówiła p.Ewa,że Ona już nie czeka na całkowity powrót córki do zdrowia.No,chyba,że w kategorii cudu będziemy je rozpatrywać.Cuda się zdarzają.

*Niech będzie lepszy niż poprzedni!*

December 30th, 2010

 

Regina

 

Skomunikowaność powszechna

December 29th, 2010

Kolejny dzień jak co dzień, a nawet bardziej niż zwykle.

Brak tytułu

December 29th, 2010
Dzisiaj na siłowni występowałam w wersji CIENKI BOLEK.Bez sił,cóż,bywają i takie dni,nie ma co płakać... Pogoda mnie dobija,śpię...

*Podsumowanie roku 2010 wg Jolanty z Chudowa*

December 29th, 2010

Kominek robi podsumowanie 2010 roku, The Economist robi podsumowanie poziomu szczęścia człowieka w ciągu życia, WP robi podsumowanie końców świata, a Jolanta... Jolanta robi to samo, tylko lepiej :))

Zacznijmy od podsumowania roku 2010. Nie wiem, jak zrobił to Pan Kominek, bo go nie czytam (za to czytam Wirtualne Media i stąd wiem, że napisał), ale moje podsumowanie roku 2010 będzie dotyczyło czegoś innego niż globalne i lokalne problemy. O moim podsumowaniu i tak nie wspomną Wirtualne Media (I wcale bym nie chciała, o niee!  A sio redaktorzy WM! Wynocha z naszego bloga, tu nie ma nic dla was! Przegoniłam ich? Ok, to mogę kontynuować). Podsumowanie będzie dotyczyło roku 2010 Jolanty z Chudowa.

Otóż, generalnie rok 2010 zaliczam do tych bardziej ujowych niż inne, choć z niewielkimi przebłyskami słońca przez gnojówkę na początku, w środku i pod koniec roku.

Początek roku spędziłam w małym nadbałtyckim kraju, pracując 13 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu, ale za to za godziwe pieniądze, w godziwych warunkach, z ludźmi godziwymi i godnymi uwagi.  Mieszkałam w świątyni dizajnu z człowiekiem, którego zalety doceniłam niestety dopiero pod koniec pobytu, potem sama w wiekowych murach obronnych miasta, co niedzielę oddawałam hołd bogowi konsumpcjonizmu i pławiłam się szczęściu butowego zagłębia, jakim jest Estonia.

W kwietniu zrezygnowałam z możliwości dalszej pracy. Leo, why? Ażeby wrócić na łono kraju i oddać się mojemu wybrankowi serca, czyli Panu M. jako prawowita zdesperowana kura domowa. Tak oto od kwietnia do lipca moje dni upływały w nieświadomości dupy rzeczywistości na analizowaniu listy gości, listy dań, listy rzeczy, które mam na siebie założyć oraz - od czasu do czasu - na analizowaniu słuszności podjętej decyzji (ale to rzadko). W czerwcu spędziłam także kilka tygodniu w stolycy, którą pokochałam z całego serca. Niestety cena życia przy założeniu, że przyjechałam tam na wolontariat, nieco mnie przerosła, toteż powróciłam dalej analizować listę gości miast analizowania listy sprzętu w magazynie firmy X.

Pod koniec lipca poślubiłam wam ja Pana M. i zostałam kurą. Wesele – o którym jeszcze napiszę – było najpiękniejszym weselem, jakie mogłam sobie wymarzyć od czasu, kiedy pierwszy raz jako dziecko założyłam firankę na głowę. Wtedy poczułam, że wraz z Panem M. poślubiam także Pana B, Pana Dziwnego, Wielkiego Wizjonera, X-mana (który de facto zaślubiał mnie:), Reginę, Halszkę, Wenus i jeszcze kilka innych osób, których tu z imienia i nazwiska nie wymienię. W końcu monogamia jest wbrew ludzkiej naturze ;)

W tak zwanym międzyczasie (nie ma czegoś takiego jak „międzyczas”, to słowo to kalka i jest bez sensu, użyłam je tylko dlatego, że jestem zbyt leniwa, żeby myśleć nad innym, bardziej adekwatnym i przede wszystkim poprawnym słowem) robiłam coś tam coś tam w czymś na kształt czegoś tam, co nie do końca było, tym, co chciałabym robić. Ale to później.

Od sierpnia do października robiłam za to remont mieszkania (który tak naprawdę nie skończył się do tej pory). W tym czasie dokonałam kilku rewelacyjnych zakupów meblowych (oooch ta gięta sofa). Jednocześnie przyglądałam się nowemu mężu i często smażyłam naleśniki, żeby przekonać się, czy faktycznie ten pierwszy jest zawsze nieudany. Nie zawsze.

W październiku, po spowodowaniu stłuczki drogowej, w której stłukłam pewnemu panu dwoje drzwi i nadkole, przez tydzień nie wychodziłam z domu i analizował żywot Jolanty. Ku mojej rozpaczy doszłam do wniosku, że żywot Jolanty nie jest tym żywotem, który sobie wymarzyłam, kiedy szłam do przedszkola, szkoły, obleganego elitarnego liceum i na oblegane elitarne studia w najlepiej Udającej Jakość uczelni w tym kraju. Doszłam do wniosku, że całe życie żyłam w błędnym przekonaniu, że wykształcenie określa człowieka i wyznacza jego miejsce w świecie. Bzdura. Wykształcenie określa jedynie to, jak bardzo człowiek nie wyspał się i namęczył w najlepszym okresie swojego życia. Miejsce w świecie wyznacza natomiast znana nam już dupa rzeczywistości. Mnie dupa wskazała prowincjonalia, których zawsze nienawidziłam. I to też zapaliło czerwoną lampkę – coś jest nie tak. To pchnęło mnie do rozpoczęcia nowych studiów (kobieca logika). Ale tym razem z dziedziny, którą zawsze wpychałam do szuflady z napisem: hobby, w wolnym czasie, lubię to, ale przecież z tego nie da się wyżyć.

W listopadzie wzięłam własną dupę za pas i napisałam do kury wnioski. W grudniu przyjęła mnie pod swoje skrzydła i odstąpiła swoje dutki. W ten oto sposób z dnia na dzień wyrosło mi  na grzbiecie przedsiębiorstwo. Z jedynie bladym pojęciem, czym to się je, ale za to z głębokim przeświadczeniem, że to jest to, co chciałam robić, na razie chodzę z tym przedsiębiorstwem na grzbiecie od świtu do nocy i myślę, myślę, myślę. Co wymyślę, to zapisuję. Albo narysuję. Albo zrobię temu zdjęcie. Chyba napiszę o tym książkę, dzieciom na przestrogę.

Mąż mój natomiast od świtu do nocy pracuje w pocie komputera, żeby zapewnić naszej łybce godziwe życie a mi możliwość myślenia jeszcze przez kilka miesięcy nad moją nową częścią ciała i próbowania, co tu robić, żeby się sprawnie poruszała. Żebyśmy zrozumieli się dobrze - podchodzę do tego z radosnym podnieceniem. Ten nabytek na grzbiecie wprowadza jakiś ożywczy bulgot do mojego życia. Widzę jasną poświatę fioletowego kapelutka, znaczy się – musi być dobrze.

I tak rok 2010 kończy się wielkim znakiem zapytania. Wczoraj jasnowidz w Dzień dobry śniadanie mówił, że rok 2011 będzie kulminacją ujowości. Wrzód pęknie, unia się rozpadnie, ziemia się zatrzęsie i wszystko szlag trafi. W następnym roku już będzie lepiej. Nie wiem, czy to są dobre jasnewidzenia, czy złe. Wszystko zależy. Od czynników. Wielu.

Mój rok 2011 będzie na pewno przełomowy, co mnie niezwykle podnieca. Albo przełoNowy – o ile uda nam się także wrócić na łono. Najlepiej z nabytkiem na karku. Uda się?

 

Aaa… zapomniałabym, podsumowanie szczęścia życia człowieka wg The Economist:

 

"Ludzie wchodzący w dorosłe życie są na ogół radośni i ufni. Życie ich dołuje do punktu zwanego kryzysem wieku średniego. W trakcie dalszego przesuwania się ku wiekowi starczemu tracą to, co cenią najbardziej: żywotność, ostry osąd i atrakcyjny wygląd, ale zyskują to, za czym ludzie uganiają się całe życie - szczęście" - czytamy w "The Economist".

(źródło: )

 

Czyli, wszystko jeszcze przed nami! :)

 

JOL.

 




 

 

Brak tytułu

December 29th, 2010
Q!!!Tyle się napisałam i nie ma!W dupie z tym blogiem!!

Pajacyk!I Pusta Miska!

December 29th, 2010
Lecę ...Ale mi się nie chce!Pospałabym...Dlatego wstałam,zjadłam,ubrałam się i piszę o tym.Żeby się zmobilizować do reszty.Idę zęby umyć i lecę.

Sztuka kamuflażu

December 28th, 2010

No ciągnę te zimowe klimaty, ciągnę, bo niby jakie mam ciągnąć - letnie? ;)


brak hosta niezarejestrowana strona wymiana linkow niezarejestrowana strona sprawdz strone